Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Banter Banter proudly presents. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Banter Banter proudly presents. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 lipca 2010

Banter Banter proudly presents: Księżniczka Mononoke


Studio Ghibli stoi oczywiście jednym nazwiskiem. Hayao Miyazaki to prawdziwy geniusz konstruowania misternych i urzekających światów, wszystko doprawia charakterystyczną kreską i voila! mamy kolejny hit.

Twórczość Miyazakiego można podzielić na dwa rodzaje. "Mój Przyjaciel Totoro" czy "Ponyo" to urzekające filmy dla dzieci, które każde z nich powinno obejrzeć po kilkanaście razy. Są świetnymi historiami, z nienatrętnym morałem i przyjemną atmosferą.

Z drugiej strony mamy dzieła takie jak "Nausicaa z Doliny Wiatru" czy dzisiejszą bohaterkę, "Księżniczkę Mononoke". Aby lepiej wczuć się w atmosferę tego filmu odpalcie tytułową piosenkę:

Autorem soundtracka jest Joe Hisashi, bardzo uznany kompozytor japoński. Ścieżka dźwiękowa idealnie zbiega się z wizualną stroną filmu, onirycznym nastrojem i odwołaniem do świata legend. A mity są w ukazanym nam obrazie bardzo żywe i ważne. Po raz kolejny, podobnie jak w "Nausicee..." fabuła, ma nacechowanie proekologiczne, choć na pierwszy plan wysuwa się bardzo dynamiczny związek głównych bohaterów.

Nie bylibyśmy Banterem, gdybyśmy skupiali się tylko na ładnych widoczkach, rzewnych piosenkach i jelonkach. Na pewno wszystkich maniaków zainteresuje, że w filmie rzeczone jelonki są wysadzane w powietrze, ludzie tracą głowy, leje się jucha i nie brakuje szalonych scen akcji. Wszystko to jednak jest przetykane powrotami do sielskich obrazów natury i charakterystycznych dla anime kiwnięć głowami.

W tę pędy szukajcie kopii "Mononoke Hime" i zapuszczajcie -  nie pożałujecie.

środa, 14 lipca 2010

Banter Banter proudly presents: Con Air


Pff, nawet nie będę udawał. Uwielbiam ten film, choć jest pełen klisz, dziur w fabule idiotycznych tekstów i kretynizmu. Z drugiej strony jest to niebywały pokaz zręczności amerykańskiego kina akcji.

Zacznę wymieniać co jest w tym filmie świetne, a wy musicie sami zadecydować, który z argumentów was przekonuje najbardziej.

- Nicholas Cage. W wersji owłosionej, nieźle przypakował do roli, poza tym popisuje się fatalnym akcentem.

- Ving Rhymes jako przywódca walczących Afroamerykanów.

- John Cusack jako przemądrzały John Cusack.

- Steve Buscemi gra Hannibala Lectera w wersji jeszcze bardziej odstręczającej.

- Wybuchy.

- Samolot pełen skazańców lądujący w środku Las Vegas.

- Jeden z lepszych występów Johna Malkovicha.

- Humor na poziomie podstawówki.

Dla mnie działa, można znaleźć nawet na Youtubie wersję z lektorem, ale obejrzyjcie sobie porządną wersję.

wtorek, 6 lipca 2010

Banter Banter proudly presents: Equilibrium

Equilibrium to folkowo-metalowy zespół z Niemiec, który wydał 3 albumy i jest jednym z bardziej uznanych na scenie ludycznego metalu.

Tak. Dzisiaj będziemy pisać o tych gościach. Naprawdę.

Ok, to już drugi raz taki dowcip. Dzisiaj oczywiście napakowany akcją film o dystopijnej przyszłości z Christianem Bale'em w roli głównej.

Historia przedstawaia nam przysżłościowe społeczeństwo, które osiągnęlo balans (tytułowy?) dzięki podawaniu narkotyku eliminującego odczucia oraz niszczeniu wszelkich dzieł sztuki. ale nie myślcie, że obejmuje to tylko Hannę Montanę i Hello Kitty. W jednej z pierwszych scen widzimy płonącą "Damę z Łasiczką".

W każdym razie, jednym z utrzymujących taki stan rzeczy jest pan John Preston,  Kleryk Grammatronu (nie pytajcie). Pewnego dnia jednak zaczyna on odczuwać, że jego postępowanie jest złe i następuje jedna z dziwaczniejszych scen w historii kina. Trenowany zabójca i mistrz wszechrzeczy odmawaia zabicia psa. Wszystko wyglądałoby jak w filmie Disney, gdyby nie sposób w jaki Klerycy walczą. Czek ałt.

Holy. Shit.

John Preston i jego koledzy z pracy są szkoleni w tajemnej sztuce nazwanej Gun - Kata. Czyli właściwie Jet Kun Do z bronią. W efekcie dostajemy scny bardziej efektowne od Matriksa. Naprawdę, zadyma jest nie z tej Ziemi.

Co jeszcze? Ciekawe rozwiązanie wątku romantycznego, bezlitośnie zaciśnięta twarz Christian Bale'a oraz świetne dekoracje. Z gorącego serca polecam.

wtorek, 29 czerwca 2010

Banter Banter proudly presents: Yip Man


Kto to jest Yip Man (Ip Man)? Prosta odpowiedź: to ten po lewej (ten po prawej to Bruce Lee). Dłuższa?

Yip Man jest pierwszym mistrzem Wing Chun, który propagował powszechne szkolenie tego stylu. Można śmiało powiedzieć, że dzięki niemu kung fu przeniosło się z zamkniętych szkół w bardziej popularne rejony. A w konsekwencji zawitało do filmów. Oprócz tych zasług, życie Yipa Mana obfitowało w przenosiny z jednej szkoły do drguiej, był policjantem i ogólnie tłukł ludzi po twarzach.

Na jego dziejach luźno został oparty film"Yip man" oraz "Yip Man 2". Właściwie to dosc klasyczny w formie film biograficzny, obfitujący w świetnie zaaranżowane sceny walki oraz słabe aktorstwo. To co odrożnia go od całej sterty podobnych mu biopiców to zdecydowanie kreacja Donniego Yena.

Z jednej strony jego miła twarz i uprzejme zachowanie od razu wzbudza naszą sympatię, z drugiej strony ma prawdziwe skille. Oczywiście w filmie wykorzystano sznurki i inne efekty, ale nie zmienia to faktu że Donnie Yen jest niewiarygodnie szybki. Sprawdźcie tylko na poniższym filmiku szybkość jego pięści. (ale nie oglądajcie całego, żeby nie zepsuć sobie przyjemności z filmu!)

Naprawdę miło go zobaczyć w końcu w głównej roli po niezliczonej ilosći filmów w w jakich wystąpił. Dla jego fanów oraz zainteresowanych sztukami walki - pozycja obowiązkowa.

wtorek, 22 czerwca 2010

Banter Banter proudly presents: Undisputed II

Ostatnio zawędrowaliśmy tematycznie do Afryki, teraz czeka nas podróż do Rosji. I to nie takiej zwykłej, ale kołchozowej, gdzie w obskurnych więźieniach odbywają się turnieje nielegalnych walk. Gdzie osadzeni za kratkami są najlepsi wojownicy na świecie. Nie byliście w takiej Rosji? Co wy wiecie o życiu.

"Undisputed 2" to środkowa część trylogii o więźiennych pojedynkach. Pierwsza część była wysokobudżetowym filmem o boksie, w głównych rolach wystąpili Ving "Moustache" Rhames oraz Wesley "Spinning Back Kick" Snipes i opowiadał on głównie o boksie. Naprawdę w porządku film, dobrze zrealizowany i zagrany. Jednak boks jest już odwrocie co wydatnie pokazuje nam przykald Undisputed 2.

Fabuła jest durna, oj strasznie głupia. Były mistrz boksu George Chambers (Micheal Jai White) trafia niesłusznie do więzienia, ponieważ siejący postrach na ringu mistrz zakładu karnego Uri Boyka (Scott Adkins) nie ma godnego przeciwnika. Stojący za tym gangster zamierza wypuścić czempiona dopiero po pojedynku gigantów. Po drodze mamy kilka przewidywalnych zwrotów akcji i łzawy finał.

Niech nie przesłoni nam to najważniejszego aspektu filmu! Walk! Tutaj mały sneak-peek.

Dlaczego część kopana tego filmu jest taka ekscytująca? Odpowiadają za nią dwaj panowie, którzy znają się na robocie. Micheal Jai White (niedawno mogliśmy sobie popatrzeć na niego w "Mortal Kombat: Rebirth") jest mistrzem wielu sztuk walki oraz uznanym aktorem. Wcielał się w wiele ról, które wymagały od niego fizycznej krzepy (Universal Soldier) jak i głębokiego głosu (Spawn, JLA jako Darkseid - TAK!). Nie musimy się martwić o jego zdolności. Zreszta obejrzyjcie krótkie nagranie zza kulisów filmu "Blood and Bone" gdy pokazuje Kimbo Slice'owi jak zadaje się cios.

Ten facet nie żartuje.

Scott Adkins to kaskader oraz koordynator scen walki w wielu filmach. To on bił Jacka Humana w X-Men: Geneza: Wolverine jako Weapon XI. Tak film jest bdetny, ale pan Adkins ma skill.

Efekty są epickie. Takich pojedynkow neie oglądąłem od dawna w żadnym filmie. Naprawdę gorąco polecam wszystkim fanom ciężkiej zadymy spod znaku piąchy i kopniaka w twarz.

Jest także trzecia część filmu, koncentrująca się na Urim Boyce i jego powrocie po kontuzji. Warto również zapoznać się z tym efektownym popisem akrobatyki, ale lojalnie uprzedzam - rozmiar głupoty scenariusza może was przytłoczyć.

wtorek, 15 czerwca 2010

Banter Banter proudly presents: The Ghost and the Darkness


Nie wiem czy do tej pory mieliśmy w naszym skromnym kąciku filmowym coś co wygrało Oscara. Dzisiejsza pozycja otrzymała zaszczytną statuetkę za... montaż dźwięku. Ekhm.

Z drugiej strony jest to opowieść o lwach, KTÓRE TOTALNIE ZJADAJĄ LUDZI.

Do tej pory nie mieliśmy wielu filmów doceniających te zwierzęta, ogólnie w nerdomie są one daleko w tyle za dinozaurami, rekinami i jednorożcami. Mimo że to koty, nie są tak urocze, więc nie trafiają na strony ze słabą gramatyką. Dlaczego więc ten film?

Otóż historia opowiedziana w "Duchu i Mroku" (po raz pierwszy polski tytuł jest miodniejszy od angielskiego) jest po części prawdziwa. W 1898 budowa mostu w Kenii była regularnie nawiedzana przez parę lwów ludojadów, zwanych ludojadami z Tsavo. Dość dosłowna nazwa, jeśli mnie byście pytali, ale jest to materiał na naprawdę gęsty atmosferycznie film. Z ekranu niemalże bije żar i zapach potu przestraszonych tubylców. Rozgrzana sawanna a na niej dwóch bezwzględnych łowców, prawdziwych rzeźników.

Mówię oczywiście o Valu Kilmerze (nominacja do Maliny) oraz Michealu Douglasie. Lwy są spoko, ale akcenty tych panów do poprawki.

Heh. No tak, ale film jest naprawdę mocny w kategorii atmosfery i polecam go serdecznie. Mimo że jest na Youtube, obejrzyjcie go w porządnej wersji.

wtorek, 8 czerwca 2010

Banter Banter proudly presents: Solomon Kane

Nerd Rage Mode On: Jak to jest możliwe, że ten film nie był w kinach!?! Dlaczego nie mogliśmy obejrzeć i docenić pełnej słodkości tego arcydzieła na duzym ekranie?!?

 Ok, posortujmy fakty - film pochodzi z września 2009 roku, więc jeszcze nie wszystko stracone. Prawdą jest także, że nie otrzymał on odpowiedniego wsparcia marketingowego. I, tutaj pozwole sobie na krótki moment szczerości, nie jest to znowu arcydzieło.

Ale niech mnie, jesli nie jeden z bardziej satysfakcjonujących filmów akcji ostatnich lat.

Solomon Kane to postać z opowiadań Roberta E. Howarda (tak, tego) publikowane na łamach "Weird Tales" w latach 20. i 30. ubiegłego wieku. Był wojownikiem, który poświęcił życie walce ze złem tego świata. Twardzielem i obieżyświatem. Ogólnie nie są to na dobre opowiadania (Conany stawiam wyżej), ale sama postać była zakorzeniona w realiach XVi/XVII Europy i Afryki, więc trochę bardziej przystępna.

Do roli pana S.K. wytypowano Jamesa Purefroya znanego chociażby z "Rzymu", więc o stronę batalistyczna nie trzeba się martwić. Przyznam, że gdy przywdziewa charakterystyczny kapelusz, sprawia wrażenia człowieka, z którym lepiej nie zadzierać. Fabuła? Nieistotna, ale niedrażniąca. Raczej jest tu przewidywalnie i sztampowo, ale to jest tylko tło - bez większych dziur w logice lub zamyśle.

To co stanowi o jakości filmu to sceny akcji. Większość pojedynków toczona jest w zwarciu na broń białą i nie są to eleganckie pokazy fechtunku. Raczej bezwzględna zadyma i wściekła naparzanina, coś czego spodziewałem się po Solomonie Kanie. Naprawdę czuje się brutalność kapiącą z ekranu.

Na pewno na minus zapiszę filmowi słabe efekty komputerowe (po co w ogóle ich używali?), zwłaszcza, że wystrój i ponury ton filmu radzi sobie dobrze bez wspomoagania, prócz kilku niezbędnych retuszy.

Z drugiej strony Solomon Kane walczy przez ponad 40 sekund z człowiekiem, którego ogarnęły płomienie. 40 SEKUND.

A teraz krótka scenka z początku filmu, gdy Solomon jest jeszcze brzydki i zły.

Nic specjalnego, ale film trzeba obejrzeć koniecznie!

wtorek, 1 czerwca 2010

Banter Banter proudly presents: eXistenZ

Pew pew!

Tak, dzisiaj kino mocno psychologiczne, żadnego kopania po mordzie. eXistenZ (pisane w ten pokemoniasty sposób, wytłumaczone w filmie, cierpliwości) to film Davida Croneberga, specjalizującego się w ciężkiej atmosferze oraz balansowaniu na granicy dobrego smaku i szaleństwa. Może nie po lynchowsku, ale akurat dzisiejszy bohater to ciężka jazda.

Film rozpoczyna prezentacja nowej konsoli do gier, wykonanej z organicznych elementów. Za pomocą specjalnej wtyczki, możemy przenieść sie do świata wirtualnego, przypominającego po prostu LARPy z wyjątkiem nieskończonych ilości życia (czyli LARPy po amfetaminie). Jednak ta alternatywna rzeczywistość nie podoba się grupie terrorystów. Jeden z nich, uzbrojony w pistolet zrobiony ze ścięgien, kości i zębów (sic) wkrada się do sali.

Nie będę zdradzął fabuły bo jest ona jedną z największych zalet filmu. Drugą na pewno jest strona wizualna. Powiedzieć o niej "niepokojąca" byłoby grubym niedpowiedzeniem. Wystrój świata wirtualnego, dziwaczne artefakty oraz fabryka konsol jest dziwaczna. Na tym tle odcina się laleczkowaty Jude Law, choć gra dobrze i nie jest bardzo irytujący. Prócz niego zapomniana niestety Jennifer Jason Leigh oraz dwójka mocno nerdowskich aktorów, czyli Willem Dafoe oraz Ian Holm.

A teraz deser. Po cichu możecie obejrzeć ten film na jutubie i to w porzadnej jakości. Łapać póki gorące!

wtorek, 25 maja 2010

Banter Banter proudly presnets: Troll 2 (Rifftrax edition)

Ok, może niektórzy nie wiedzą, ale Banter od dawna jest na najcięższym z questów. Nie trzeba wrzucać błyskotki do ognia, nie trzeba pokonać Revana ani nawet odzyskać pieniędzy za dywan. Staramy się znaleźć najfatalniejszy film w historii świata i niech mnie dunder świśnie, jeśli nie jest ciężko. Były filmy o ninjach, fatalne gnioty o zombie, kung-fu oraz Stevenie Seagalu.

Z drugiej strony - "Troll 2". Zasłużone zdobywca szokującego 2.0 oraz 0% na Rotten Tomatoes. Uznawany za jeden z gorszych filmów historii. Shit.

Historia jest tak fatalna, że ciężko uwierzyć. Młody Joshua wraz z rodziną przyjeżdża do miasta Nilbog na odpoczynek. Chłopak jest jednak ostrzegany przez swojego zmarłego dziadka o niebezpieczeństwie ze strony zamieszkujących miasto goblinów (Nilbog to goblin od tyłu, dobry Megatronie, to najgorsza zagrywka w historii kinematografii). I uprzedzam wasze pytanie - w filmie nie pojawia się ani razu żaden troll.

W FILMIE "TROLL 2" NIE MA TROLLI.

Wśród braci internetowej najbardziej znane jest to cudo za sprawą przekonującego okrzyku pewnego młodziana.

I to nie jest najgorzej zagrana scena. Naprawdę.

W wersji oryginalnej raczej tylko dla hardych zawodników, dlatego by w pełni cieszyć się z tego filmu sięgnijcie po wersję Rifftrax. Jest to ta sama ekipa, która przez lata rozśmieszała nas w "Mystery Science Theatre 3000". Jesli nie wiecie co to jest - zapoznajcie się z ich dorobkiem, bo jest to zdecydowanie jeden ze śmieszniejszych programów w historii. Dzięki komentarzom chłopaków "Troll 2" jest autentycznie śmieszny. Wierzcie mi, ci kolesie potrafią wszystko uczynić strawnym. Obejrzałem "Twilight" i "New Moon" w ten sposób i spędziłem w szpitalu psychiatrycznym tylko dwa miesiące.

wtorek, 18 maja 2010

Banter Banter proudly presents: Total Recall

Zainspirowany wczorajszym genialnym musicalem obejrzałem sobie jeszcze raz "Pamięć Absolutną"

I to jest nadal jeden z lepszych filmów w karierze Arnolda.

Broni się zarówno jako dość ponury film science-fiction (trochę naciągany, ale ogólnie nie boli) jako typowy film z przęłomu lat 80 i 90 XX wieku (one linery!) a przede wszystkim jako film akcji, pelen wybuchych momentów. Poza tym nie da się nie docenić pomysłowości w kreacji wymyślnych postaci i stworów. Wiecie o czym mówię.

Arnold to Arnold, wiecie pewnie, że kochamy jego filmy. Chciałbym pomówić o innych waznych osobach zaangażowanych w ten film. Micheal Ironside, czlowiek o najtwardzielszym głosie na świecie, jest doskonale bezwzględny w roli Richtera. Nic specjalnego, ale jego prezencja dodaje nawet najbardziej płaskiemu szwarcharakterowi mnóstwo charyzmy.

Paul Verhoeven był w latach 90 KIMŚ. Kręcił niewiele filmów, ale większość było hitami. Zazywczaj dość ograniczonymi, ale komu to przeszkadzało. Dla fanów jego talentu polecam ostatni film, kręcony w ojczystej Holandii "Czarna Księga". Kojarzący go z "Starship Troopers" oraz "Robocopa", moga być srogo zawiedzeni.

No i na dokładkę Sharon Stone przed "Nagim Instyktem".

P.S. Bonus: Wszystkie śmierci w filmie (spojlery!)

wtorek, 4 maja 2010

Banter Banter proudly presents: Unbreakable

M. Night Shaymalan. Jak tu nie być skonfliktowany co do tego człowieka. Tworzy filmy dobre (6 zmysł), średnie (Osada) i beznadziejne (Zdarzenie). Na dokładkę jeszcze odpowiada za realizację "Avatar: The Last Airbender". Aby najlepiej odnieść się do jego twórczości polecam zapoznanie się z "Niezniszczalnym".

Z prostego powodu - jest to film o superbohaterach i ich występowaniu w naszym świecie. Zawiązanie historii jest ciekawe: z makabrycznej katastrofy pociągu żywcem uchodzi raptem jedna osoba, niepozorny ochroniarz na stadionie. Nie dość, że żyje, nie ma nawet skaleczenia. Niedługo potem w jego życiu pojawia się szalony człowiek, cierpiący na łamliwość kości maniak komiksów, który twierdzi iż bohater jest tak naprawdę superbohaterem.

Dorzucę jeszcze, że ochroniarza gra Bruce Willis (nienajlepiej trzeba przyznać) a Człowieka Ze Szkła Samuel L. Jackson (który nawet na wózku jest twardzielem). To jest dosłownie mój jedyny problem z tym obrazem. Są to aktorzy charakterystyczni i z większą przyjemnością zobaczył bym kogoś innego na ich miejscach. No i oczywiście Shaymalan wrzuca swoje ukochane plot-twisty.

Najważniejszym jednak aspektem tego filmu jest jak ludzie o niezwykłych umiejętnościach dopasowują się do społeczeństwa i jak prawdziwe życie zweryfikowało by mit herosa w płaszczyku i rajtuzach. Szkdoa także, że raczej nie zobaczymy kontynuacji tego filmu.

Ale dla fanów thrillerów lub filmów o superbohaterach - rzecz obowiązkowa.

wtorek, 27 kwietnia 2010

Banter Banter proudly presents: Shaolin Soccer

Stephen Chow. Mistrz. Bóg. Dobry mąż i kochający ojciec. Zdobywca tytułu najprzystojniejszego drwala w lasach Syberii. Można by długo wymieniać.

Jego geniusz objawił się mi po raz pierwszy w tym szaleńczym kolażu filmu kung-fu, sportowego, romansu i cholera wie jeszcze czego. Jeśli nawet nie lubisz piłki nożnej, znajdziesz coś dla siebie. w końcu to film, w którym kopniaki zrywają murawę i demolują stadiony. Chciałbyś zobaczyć jak wyglądałby Tsubasa w wersji komediowej?

Fabuła jest dośc prosta i opowiada o grupie mistrzów Shaolin, którym słabo się wiedzie. Jednak gdy napotkają trenera-nieudacznika... dalej będzie im się źle wiodło. Aż pewnego dnia dojdą do odkrycia, że ich nieludzkie zdolności działają na boisku.

Humor przez duże H tryska z ekranu, ekspresja aktorów zasługuje na Oscary, a efekty specjalne odpowiadają "campowej" tonacji filmu. Zawsze rozśmieszający klasyk. Wiecie gdzie jest? Poniżej.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Banter Banter proudly presents: Darkman

Darkman! Razem z Supermenem, Spidermenem i Niemienem tworzą grupę bohaterów którzy przemierzają świat by pokonać zło.

Ok, zacząłem z wysokiego konia, a nigdy nie byłem w tym dobry. Darkman to postać stworzona przez Sama Raimiego w hołdzie dla filmu noir i superbohaterów. Kto by się spodziewał, że jego koncepcja zostanie z takim sukcesem kontynuowana przez Marvela w seriach "Noir". A może to nie on ich zainspirował? Ale zbaczam z tematu.

"Darkman" to historia Peytona Westlake'a, młodego naukowca, który pracuje nad syntetyczną skórą. Niestety na razie udaje utrzymać mu się ją w stabilności tylko przez 99 minut. Nie rozpada się jednak gdy jest trzymana z dala od śłońca. To ważne ponieważ wskutek dociekliwości jego narzeczonej (niedoceniana Frances McDormand) Peyton niemalże ginie poturbowany przez niemilców. Powraca jednak zza grobu wskutek eksperymentalnej terapii, która zwiększa produkcję adrenaliny (super siła i prędkość), ale ma skutki uboczne (super agresja). Teraz za pomocą swojego wynalazku próbuje naprawic swoje życie i pogrążyć odpowiedzialnych za swój straszny stan.

Nie łudźmy się - "Darkman" to kino klasy B. Zabiegi fabularne są dość tanie, efekty niezbyt powalające, a aktorstwo przesadzone. Sa jednak drobne rzeczy dla których warto ten film obejrzeć:

- Liam Neeson w głównej roli. Liam to świetny aktor, ale zawsze zdawał mi się odrobinę wyważony. Tutaj daje popis furii i maniactwo. Co nieuchronnie prowadzi nas do...

- Ataki Westlake'a. Są tak dziwacznie zrealizowane i "kwasowe" że zdają się pochodzić z innego filmu.

- Modus Operandi Darkmana. Przypomina trochę zagrania z Arkham Asylum. Ogolnie Darkman to taki Bruce, który juz stracił resztki zdrowia psychicznego.

- Adwersarze. Miła gromadka. W szczegolności polecam otwierającą sekwencję oraz scenę z opowiadaniem dobrej i złej wiadomości.

Filmu nie ma youtube, ale można go bez problemu wypożyczyć z najbliższej wypożyczalni VHS. Jak juz tam będziecie to poproście o batonik CoucoRoko i Kaczora Donalda.

P.S. Marvel wydał 9 komiksów o "Darkmanie" ale literatura najwyższych lotów to to nie jest. Mieliśmy także crossover z "Armią Ciemności", ale wiecie jakie one są.

Słabe.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Banter Banter proudly presents: Fearless

Oczywiście mówimy o nowym albumie naszej ukochanej piosenkarki country, Taylor Swift. Nastrojowe połączenie gitarowych ballad, pięknego głosu i wysokich kopniaków.

Oczywiście chodzi o film z Jetem Li z 2006, a nie jakiś buraczany crap.

Pan Li, czesto goszczący na naszych łamach, to gorący chiński patriota. Dlatego też jego filmy często mają antyzachodni (jak ten) lub antyjapoński (jak Hitman) wydźwięk. Mi to kompletnie nie przeszkadza, równie dobrze mogły by mięc antypolski akcent, ważne aby kopniaki były syte i celne. W dzisiejszym filmie tak dzieje się często, choć trzeba przyznać że często gęsto za pomocą sznurków.

Jeśli chodzi o fabułę mamy kolejne zobrazowanie ponurych lat dla chińskiej suwerenności i samotnego mistrza sztuk walki walczącego o honor Państwa Środka. O dziwo tym razem Jet Li jest z początku zwykłym zabijaką, który docenia przede wszystkim obite facjaty przeciwników, a Ojczyznę w potrzebie stawia na dalszym miejscu. Dopiero za namową przyjaciela trzaska po twarzy niemilców w imię Cesarstwa.

I są to jedne z lepiej zaaranżowanych walk wushu ostatnich lat. Oczywiście można je przyrównywac do baletu wuxia rodem z "Domu Latających Sztyletów" i wyjdzie to na niekorzyść naszego dzisiejszego tematu, lecz trzymając się bardziej realistycznego potraktowania praw fizyki, "Fearless" jest na czele. Sprawdźcie sobie krótką scenkę w której Jet walczy na miecze w karczmie.

Świetne tempo i egzekucja. A w tym filmie jest naprawdę wiele równie imponujących scen, więc polecam go z całego (czarnego jak Wrota Mordoru) serca.

środa, 31 marca 2010

Banter Banter proudly presents: Riki-Oh: The Story of Ricky

Dzisiaj dość wyjątkowo spotykamy się w środę, z powodów ważkich i nie znoszących zwłok. Film Riki Oh jest tak hardy że musiałem zebrać myśli. W końcu mówimy o bohaterze KTÓRY TOTALNIE URYWA CZASZKI ZA POMOCĄ PIĘŚCI.

"Riki-Oh: The Story of Ricky" to aktorska adaptacja mangi "Riki-Oh: Wall of Hell". Postać Rikiego mozna obejrzeć także w kontynuacji "Child of Destruction" (kto im wymyśla te tytuły). Ogólnie jest on słusznie osadzonym młodym mężczyzną, który posiadł niebywałe zdolności sztuk walki. W anime są to lata treninigów, w filmie mamy krótki trening z jakimś dziadkiem na cmentarzu, który polega na rozbijaniu nagrobków.

Chciałbym żartować w tym momencie.

Ad rem, źli ludzie zabijają jego dziewczynę więc w odwecie Riki uruchamia swą pięść i trafia do więźenia. Rzeczona (pięść nie dziewczyna) jest jego rozwiązania na wszystkie problemy. Strażnik? Bam! Skorumpowany naczelnik? Trach! Złe jedzenie na stołówce? Łubudu!

Dochodzimy do najważniejszego aspektu filmu. W celu prezentacji moich argumentów przytoczę porównawczo fragmenty anime i filmu aktorskiego. Obejrzyjcie mniej więcej do 2:26 poniższego filmiku.

Całkiem brutalne, prawda? A teraz ta sama scena w filmie aktorskim.

COOOO? Czy on przed chwilą wysadził człowieka w powietrze? Nigdy nie zdarzyło mi się bym oglądał film aktorski bardziej brutalny od anime. A wierzcie mi "Riki-Oh" jest brutalny do bólu. Aktor grający główną rolę musiał się po finalnej scenie myć 3 dni. Nie zdradzając wiele znacząca w niej jest gigantyczna mielarka do mięsa.

Na co jeszcze czekasz? Wypożyczaj natychmiast z najbliższej wypożyczalni! Takiej co rymuje się z Srube.

wtorek, 23 marca 2010

Banter Banter proudly presents: Open Range

Wait, what? Western?

Tak, ale to dośc współczesny film. Powstał w roku 2003 i ma dośc imponującą obsadę. Robert Duval, Kevin Costner, Annette Bening i w roli złoczyńcy Michael Gambon (zagraniczny akcent = zły w amerykanskich filmach). Aktorstwo jest naprawdę solidne, świetne kostiumy i scenografia. Fabuła jest dość sztampowa, ale trzyma się kupy i nie drażni.

Co się tak naprawdę liczy to doskonała finałowa strzelanina. Realistyczna, ale widowiskowa, sceny brutalne i pełne akcji przeplatają się z chwilami napięcia i wyczekiwania. Wcześniej także mamy dość solidne strzelania, ale myslę że końcowa orgia ołowiu jest najważniejsza.

Jak widać można zrobić w naszych czasach efektowny western. Wystarczy tylko pobrać kilka lekcji u Johna Woo.

I na sam koniec wisienka na torcie - cała końcowa sekwencja. Obejrzyjcie fragment i mam nadzieję że zachęci was to do obejrzenia reszty.

środa, 17 marca 2010

Banter Banter proudly presents: Clash of The Titans

He he śmieszny obrazek. Kliknijcie i jest tam koszulka.

Ale my nie o tym. Dzisiaj zajmieniy się przede wszystkim efektami specjalnymi i ich ewolucją. W filmach fantastycznych i katastroficznych przez długie dekady rządziła archaiczna, pracochłonna, lecz efektowna metoda poklatkowa. Początki kina to francuscy twórcy tacy jak Méliès i Cohl, później hollywoodzcy magicy od King Konga i innych gigantycznych potworów. Lata 80 i początek 90 należał do mistrzów z Industrial Lights & Magic.

Ale jest tylko jeden Ray Harryhausen. Człowiek - legenda. Twórca, który łączył wszystkie epoki animacji poklatkowej i nie tylko. Nie był wielkim tradycjonalistą, interesował go efekt. A Clash of The Titans z 1981 to jego ostatni film, odwołanie do jego arcydzieła "Jazon i Argonauci".

Fabuła oczywiście odnosi się do mitologii greckiej i uświadczymy tam fatalnie wymiawiane greckie imiona. Pisząc "odnosi" muszą użyć cudzysłowia, ponieważ różne mity sa tam pomieszane okrutnie. Czasami można złapać się za głowę nad głupotą scenariusza, ale okej to tylko konwencja. i służy nam do pokazania genialnych potworów stworzonych przez Harryhausena. Meduza czy Kraken to prawdziwe arcydzieła.

Niedługo do kina wchodzi nowa wersja z obowiązkową muzyką hardrokową i innym śmieciem. Łeh. Koniecznie przed obejrzeniem rzućcie okiem na starą wersję.

wtorek, 2 marca 2010

Banter Banter proudly presents: Over The Top

W naszym cotygodniowym spotkaniu z filmem omijaliśmy do tej pory twórczość jednej z największych gwiazd lat 80. Polecanie Rockiego i Rambo to jak polecanie powietrza - dobre zajęcie dla mało ambitnych. Chociaż rynek jest dość szeroki. I zapotrzebowanie ogromne. W sumie dosc dobre zajęcie.

My w Banterze stawiamy sobie wyższe cele. Dzis odgrzebany dla was hit z roku 87, który pozwoli nam zachwycić się szeroką gamą aktorskich sztuczek pana SS. Da nam wiele do myślenia oraz okazje do wzruszeń. Zresztą przeczytajcie tylko streszczenie fabuły:

Sylvester Stallone gra kierowcę ciężarówki Licolna Hawka (sic), który po śmierci żony zajmuje się małoletnim synem. Zamierza odzyskać jego uznanie poprzez uczestnictwo w turnieju siłowania się na rękę.

Uhh.

Poza tym wszystkie konieczne elementy filmów z lat 80. - napakowani sterydami osiłkowie, montaż, muzyka rockowa i walka do ostatniej chwili. Sylvester gra cokolwiek poniżej oczekiwań, nie ma okrzyków i zazwyczaj można zrozumieć co mówi. A jeszcze łatwiej gdy jego kwestie czyta lektor.

Lektor? Zaraz, a skąd to to się tu wzięło?

środa, 24 lutego 2010

Banter Banter proudly presents: Who Am I?

Jackie Chan is the man!

Nie muszę was o tym przekonywać, jednak jak to jest z jego późniejszymi filmami? Wo shi shei (to po chińsku) opowiada historię tajnego agenta, który musi odpierać ataki na swoją osobę. Byli koledzy, gangsterzy i inni niemilcy dybią na jego życie, a nasz biedny Jackie nie wie dlaczego.

Ok, fabuła nie jest odkrywcza, ale za to wykonanie jest świetne, to jeden z lepszych filmów Jackiego pod tym względem. Sztuczki kaskaderskie są na najwyzszym poziomie, choreografia walk nie zawodzi. Dla tych powodów warto pominąć idiotyczne czasem zawijasy historii i zachwycać się prostą rozrywką.

Gdzie znaleźć ten film? Tu:

wtorek, 16 lutego 2010

Banter Banter proudly presents: Universal Soldier: Regeneration

HOLY SHIT!

Nie wiem co powiedzieć, gdy zastanawiam się nad twrdzielskością tego filmu. Może krótki przykład?

W tym filmie 5 osób ginie poprzez rozbicie ich twarzy przez kilkanaście uderzeń pięsci. Nie jeden. Pięć osób ma rozbite twarze. I wierzcie mi, ginie znacznie więcej osób. Fabuła jest przerażająco głupia i nie o nią chodzi. Jest to w końcu film o nieumarłych cyborgach.

O dziwo znanych z poprzednich części Jeana Claude'a Van-Damme'a oraz Dolpha Lundgrena oglądamy dosc późno w filmie. Dostają swoje momenty, nie bójcie się. Jednak przez około 50 minut gwiazdą jest były mistrz wagi półciężkiej UFC, Andrei "The PitBull" Arlovski. I, oh boy, umie się bić.

Problem z bardzo w sumie lubianymi filmami wuxia jest teatralność walk. Nie widać w nich mocy, ani chęci przetrwania - to na pewno nie jest walka o życie. Gdy zombiecyborgi biją się w Uniwersalnym Żołnierzu, kurz wzbija się pod sufit, krew tryska i nie ma żartów. W ostatecznym rozrachunku ktoś ma twarz rozbitą jak pomidor.

Miałem przez chwilę wrażenie, że po prostu pan Arlovski zabił kilka osób na planie.

Kolejny plus zombiecyborgów? Nie rzucają one-linerami, nie muszą dobrze grać. I na tym powinno polegać kino. Obejrzyjcie ten film najprędzej jak się da.