Kto to jest Yip Man (Ip Man)? Prosta odpowiedź: to ten po lewej (ten po prawej to Bruce Lee). Dłuższa?
Yip Man jest pierwszym mistrzem Wing Chun, który propagował powszechne szkolenie tego stylu. Można śmiało powiedzieć, że dzięki niemu kung fu przeniosło się z zamkniętych szkół w bardziej popularne rejony. A w konsekwencji zawitało do filmów. Oprócz tych zasług, życie Yipa Mana obfitowało w przenosiny z jednej szkoły do drguiej, był policjantem i ogólnie tłukł ludzi po twarzach.
Na jego dziejach luźno został oparty film"Yip man" oraz "Yip Man 2". Właściwie to dosc klasyczny w formie film biograficzny, obfitujący w świetnie zaaranżowane sceny walki oraz słabe aktorstwo. To co odrożnia go od całej sterty podobnych mu biopiców to zdecydowanie kreacja Donniego Yena.
Z jednej strony jego miła twarz i uprzejme zachowanie od razu wzbudza naszą sympatię, z drugiej strony ma prawdziwe skille. Oczywiście w filmie wykorzystano sznurki i inne efekty, ale nie zmienia to faktu że Donnie Yen jest niewiarygodnie szybki. Sprawdźcie tylko na poniższym filmiku szybkość jego pięści. (ale nie oglądajcie całego, żeby nie zepsuć sobie przyjemności z filmu!)
Naprawdę miło go zobaczyć w końcu w głównej roli po niezliczonej ilosći filmów w w jakich wystąpił. Dla jego fanów oraz zainteresowanych sztukami walki - pozycja obowiązkowa.
W tym tygodniu będzie mocno muzycznie więc ustawcie swoje MIDI na maksymalna głośność (chyba że macie SoundBlastera, nuworysze!). Zaczniemy jednak od największego faila ostatnich tygodni, czyli wuwuzeli.
Wuwuzela to gwizdałotrąba, która wydaje dźwięki w tonacji między 20 000 pszczół i klaksonem na sterydach. pomnóżcie to razy kilkanaście tysięcy i przyjemność oglądania meczy MŚ wzrasta to ponad dziewięciu tysięcy. Gdzie jeszcze znajdziemy te irytujące przedmioty.
W Śródziemiu.
Ależ to jest wnerwiający przedmiot. Nawet bardziej niż Jedyny Pierścień.
Nowy film "Karate Kid" ponoć jest całkiem w porządku. Poza faktem, że uczą w nim kung-fu a film nazywa się, wiecie, "Karate Kid". Jednak kontynuacja tego reboota może pokazać nam naszego ulubionego aktora w nowej roli.
100 % mojego poparcia.
Ok, obiecana muzyczna część (poza tymi piekelnymi trąbami). Oto dwie przeróbki naszej ulubionej muzyczki. Pierwsza wokalna, druga strunowa.
Heh, mają ludzie pomysły.
A teraz powrót do tematyki z ubiegłego tygodnia. Za pomocą LEGO Master Minds można zrobić harde rzeczy. Na przykald gigantyczne szachy. Obejrzyjcie nagranie do końca, warto.
Stephen Chow. Mistrz. Bóg. Dobry mąż i kochający ojciec. Zdobywca tytułu najprzystojniejszego drwala w lasach Syberii. Można by długo wymieniać.
Jego geniusz objawił się mi po raz pierwszy w tym szaleńczym kolażu filmu kung-fu, sportowego, romansu i cholera wie jeszcze czego. Jeśli nawet nie lubisz piłki nożnej, znajdziesz coś dla siebie. w końcu to film, w którym kopniaki zrywają murawę i demolują stadiony. Chciałbyś zobaczyć jak wyglądałby Tsubasa w wersji komediowej?
Fabuła jest dośc prosta i opowiada o grupie mistrzów Shaolin, którym słabo się wiedzie. Jednak gdy napotkają trenera-nieudacznika... dalej będzie im się źle wiodło. Aż pewnego dnia dojdą do odkrycia, że ich nieludzkie zdolności działają na boisku.
Humor przez duże H tryska z ekranu, ekspresja aktorów zasługuje na Oscary, a efekty specjalne odpowiadają "campowej" tonacji filmu. Zawsze rozśmieszający klasyk. Wiecie gdzie jest? Poniżej.
Autorska produkcja Steve'a Oedekerka w której wykorzystał fragmenty filmu "Shao Lin hu ho chen tien hsia" (tytuł mówi cos o żurawiu i czymś tam, słabo znam chiński). Cyfrowo zaimplementował do niego aktorów i sam nagrał ścieżkę dźwiękową.
Co stanowi o wartości filmu? Steve i koledzy nawet się nie starają aby dubbing trafiał, niektóre sceny są wykorzystywane po stokroć, a dograna reszta to czyste wariactwo. Nie jest to film zabawny na poziomie "Shaolin Soccer", ale można się uśmiać po wielokroć. Jedną ze słynniejszych scen jest oczywiście walka z Krową. Jesli jej nie widzieliście to chociażby dla niej warto się skusic na seans.
Tutaj mały sneak-peek:
Reszta filmu też jest utrzymana w takim dziwacznym tonie, ubaw po pachy, gorąco polecam, naprawdę palce lizać... zaraz, zaraz.
P.S. Trailer zapowiedziany na końcu filmu, nie jest prawdziwym trailerem drugiej części. A ta ponoć powstaje. Tak mi Steve mówił.
P.S. 2 Doceńcie, że ani słowem nie wspomniałem o pani z jednym boobem.
Jak powinien wyglądać dobry film kung-fu\karate\jackie chan\teakwondo? Żeby odpowiedzieć na to pytanie należy się najpierw zastanowić po co ludzie oglądają tego typu rzeczy. Wersje są dwie: dla słabego aktorstwa zarówno postaci pierwszo- jak i drugoplanowych, jeszcze słabszej fabuły i bezsensownych ckliwych momentów, w których ktoś zabija młode foki ALBO dla mordobicia, kopania po dupie, wykręcania sutów i sprzedawania 'lokonow' na czaszke. Jeśli wybrałeś odpowiedź numer jeden, zrób nam wszystkim przysługę, wypij 10 litrów benzyny, zmień się w cięzarówkę i zjedź z klifu. Filmy z mordobiciem powinny być o mordobiciu. Czymś w rodzaju złotego strzału byłby film w którym Jackie Chan przez bite 2 godziny (haha, bite - łapiecie - powinienem zostać profesjonalnym komikiem! Jestem samotny) naparza się z niekończącymi się zastępami osiłków w każdy możliwy sposób. Fabuły mogłoby nie być wcale - ewentualnie zezwoliłbym na 2 minuty, jedną na początek - pokazującą powód dla którego Jackie zaczyna swój danse macabre i drugą na koniec - w której mówi coś śmiesznego (Jackie Chan ma śmieszny akcent. LULZ). Przejdźmy jednak do rzeczy. Po co piszę o tym wszystkim? Otóż podejrzewam, że ktoś z Tajwanu podsłuchał kiedyś mój pijacki rant na temat filmów kung-fu (tak, teraz też piję) i zrobił film prawie doskonały. A tytuł jego to Chocolate (nie mylić z Chocolat).
Fabuła: Chocolate jest filmem tylko prawie doskonałym gdyż niestety posiada fabułę. Na szczęście jest jej niewiele i nie przeszkadza w ogólnym odbiorze filmu. Ot jest mała dziewczynka której rodzice przypadkiem należą do dwóch walczących ze sobą mafijnych rodzin. Wychowuje się bez ojca, który musiał uciec do Japonii, jej matka choruje na bliżej nieokreśloną chorobę, a ona siedzi w domu i ogląda filmy z mordobiciem. Hmm wydaje mi się, że o czymś zapomniałem. Ach tak - jest pieprzonym terminatorem wśród nieletnich dziewcząt znających karate. Niestety w związku z tym, że służba zdrowia leci w kulki na całym świecie pieniądze potrzebne są na wszystko. A jak lepiej zdobyć dużą sumę niż lejąc każdego dłużnika chorej matki? Nijak - i to czyni ten film świetnym.
Niefabuła: Chocolate to dzieło sztuki. Dzięki prostej fabule, której jedynym celem jest prowokowanie kolejnych sytuacji stopa+twarz, dostajemy film prawie idealny. Nie trzeba już zwracac uwagi na aktorów, czy na dziury w historii. Można po prostu rozłożyć się wygodnie w fotelu i oglądać piękno ludzi kopanych po głowie. A jest to piękno niewątpliwe, bo JeeJa Yanin - odtwórczyni głównej roli - jest mistrzynią w tym co robi. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się czy da się kopnać dwie osoby tą samą nogą, później na niej wylądować, odbić się i kopnąć jeszcze raz to pragnę poinformować was o tym, że da się. I wygląda to przepięknie. Myślę, że reżyser Prachya Pinkaew całkowicie zrozumiał cechy gatunku i dał nam około 90 minut wypełnionych piękną choreografią zniszczenia, której oglądanie sprawia tylko i wyłącznie satysfakcję.
Ale po co tyle gadać. Tu jest trailer - to wystarczy żeby wyrobić sobie pozytywną opinię:
A najlepsze jest to, że nasz damski Tony Jaa ogląda w pewnym momencie Ong-Bak.
Z potrzeby człowieka do ciągłego zdobywania niepotrzebnych informacji powstał Banter Banter. Znajdziesz tu wszystkie nieistotne i nieprzydatne wieści takie jak gdzie są zdjęcia Megan Fox, kto aktualnie jest failem tygodnia, czemu słowo Pr0n nie prowadzi do dupeczek itp. Dodatkowo trochę wieści z nieistniejącego w polsce gatunku jakim jest komiks oraz dobry film (przez dobry mam na myśli umięśnionych bad-ass'ów a przez film napieprzanie). Wszystko to plus cała masa fekalnych żartów.
Teraz też w eterze! I innych barbituranach! Każdy piątek o 17.00 na 91.6 FM we Wrocławiu oraz na stronie Radia Luz. Zapraszają Paweł Klimczak i Bartosz Zalewski.