wtorek, 11 sierpnia 2009

Banter Banter proudly presents: Dom Latających Sztyletów


My w Banterze jesteśmy prawdziwym mężczyznami. Męskimi Mężczyznami można nawet rzec. Nie oznacza to że nie jesteśmy ślepi na wizualne piękno. A film Shi mian mai fu jest zdecydowanie pięknym filmem, zapierającym dech w piersiach freskiem namalowanym pastelowymi barwami.

Poza tym literalnie tłumaczy się jego tytuł jako "Atak z dziesięciu stron na raz". I wypełnia tą zapowiedź co do litery.

Ta krótka scena (nie chciałem wam sprzedawać finalnej bo jest lekkim spojlerem) oddaje ducha kina wuxia, czyli pół-baletu pół-naparzaniny. W tle przewija nam się historia miłosnego trójkąta oraz polityczna intryga, ale liczy się głównie to, że ekipa z tytułowego Domu potrafi rzucać sztyletami jak rakietami samonaprawadzającymi. Dużo kopania oraz wściekłych grymasów. Pościgi i zdradzonych przyjaciół. Poza tym mamy obowiązkową walkę w bambusowym lesie (niezła rozróba) no i Zhang Zyi patrzy na nas swoimi smutnymi oczami.

Aaa! Wypalają mi dziury w mózgu!

Świetny film i jeśli macie okazję obejrzyjcie go z jakąś panią, a na pewno nabierze się myśląc, że jesteście uczuciowi i wrażliwy. A jesteście przecież MM!

niedziela, 9 sierpnia 2009

Weekendowa Lista Top 6: Największe douchebagi w świecie komiksów.

Oczywiście mówimy o komiksach o ludziach, którzy nie wstydzą się nosić majtek na spodniach, czyli o superbohaterach. A słowo douchebag tłumaczyłem juz po wielokroc, jeśli nie wiesz co znaczy to chyba sam nim jesteś. Startujmy więc z mocny uderzeniem.


6. Hitman

Stworzona przez Gartha Ennisa postać mizoginystycznego zawodowego zabójcy pije, klnie i wykonuje swój fach w totalnie douchebagowej manierze. Nie mam mu tego za złe, tak został napisany. Samozadowolenie z siebie oraz obrzydliwa pewność siebie daje mu 6 miejsce na naszej liście.

Dość nisko biorąc pod uwagę, że jest to człowiek który strzelał ninjom w jaja. Naprawdę, to się zdarzyło.


5. Sentry

Ależ to jest słaba postać.

Marvelowa wersja Supermena, czyli Bob Reynolds to niezniszczalna istota, która nawiedziła nas w 2000 roku i od tego czasu zapewnia nam duzo rozrywki. A pisząc to mam na myśli, że wkurza wszystkich do bólu.

Ostatnimi czasy jest finalnym argumentem Normana Osborna (Zielonego Goblina) we wszelkich dyskusjach. Naprawdę, po co umieszcać w świecie omnipotentą istotę, której głónym zadaniem jest tlko płakanie po kątach i pseudoschizfreniczne zachowania. Poza tym Bob uważa się za największego bohatera swych czasów. 

A nim przecież jest Deadpool do licha.


4. Komediant/Doktor Manhattan/Ozymanides


Pan Miller stworzył cudowną galerię totalnych dupków. Dla ścisłóści to ci trzej panowie w górnym rzędzie.

Komediant?

Zastrzelił Wietnamkę, której zrobił dziecko, zabił Kennedy'ego i zgwałcił koleżankę po fachu. Poza tym dośc odrażający typ. Raczej nie zaprosił bym go kolację. A nawet jeśli to odnosił bym sie do niego z chłodną rezerwą.

Doktor Manhattan?

Jest najpotężniejszym człowiekiem na świecie i wszytsko ma totalnie w dupie. Nie ratuje świata chociaż może, podrywa kilka razy mlodsze od niego dziewczyny. No i grzech największy - biega goły świecąc swoim niebieskim sprzętem w oczy.

Ozymanides?

Doskonały fizycznie, mentalnie i moralnie. I nie jest to przechwałka, którą rzuca do kolegów na przerwie w podstawówce. To jest prawda. No i odwalił najbardziej douchebagowy numer w historii.


3. Cable i większość postaci stworzonych w latach 90-tych


Ponure czasy Roba Liefelda na szczęście odeszły w niepamięć, ale cała menażeria jego postaci hasa na maksa. X-Factor był naprawdę durnowatym komiksem, gdzie prominentnym graczem był Cannonball.

Jego mocą był to że umiał latać. Wow.

Oprócz tego mieliśmy Warpatha, który umiał bić ludzi oraz Shatterstara, który ostatnio okazał się gejem. Co nie spodobało się Liefeldowi, ale nim na szczęście nikt się nie przejmuje. Najjaśniejszą gwaizdą w tej syfiastej konstelacji był jednak Cable, czyli:

Nathan Christopher Charles Summers Askani'son, syn Cyklopa (który sam w sobie był douchem) z przyszłości, który przybył nas uratować albo cokolwiek. Ogólnie łazi, ma małe stópki, wielkie giwery i wkurza swoim narzekaniem i ogólną dupkowatością.

Dlaczego tak nisko na liście? Trzymał się długo z Deadpoolem, który jest bardzo fajny. Tak na marginesie w tworzeniu Deadpoola swój udział miał też Liefeld, ale z czasem stał się parodią jego własnych komiksów.

Brawo Rob.


2. Green Arrow



Ollie Queen to totalny dupek, ale żeby w pełni docenić jego dupkowatość zrobię podlistę:

- Jest marną imitacją Batmana

- Trzyma się ze swoim przydupasem Speedym, który jest jeszcze większym lamusem. No i jest co najmniej o 20 lat młodszy od od Olliego

- Jest multimilionerem

- Jego mocą jest strzelanie z łuku. Serio ten człowiek strzela do potężnych istot świata DC strzałami-rękawicami bokserskimi.

- Udaje liberała, ale swoją długoletnią partnerkę Black Canary traktuje jak kurę domową.

Co za douche. Ale król douchebagów jest tylko jeden:


1. Superman

Przeczytajcie tą stronę.


(un)Honourable mentions: Hank Pym za podrywanie własnych studentek, żenienie się z nimi a później bicie. Wesley Gibson i jego tatus za ogólne douchebagowanie.

piątek, 7 sierpnia 2009

Crazy Nerdcore Friday vol.1

Czas zainicjować nowy cykl na Banter Banter, dotykający sfery, jaka w Polsce (niestety) nie istnieje. Nerdcore. Hip-hop dla nerdów? Czemu nie. Kto nie widział filmu "Nerdcore Rising" niech natychmiast nadrobi zaległości, bo ludzie, którzy się w nim wypowiadają, są kapitalni. "MC Frontalot rapuje o tym, co jest dla mnie ważne, o tym, do czego mogę się odnieść - Magic: the Gathering, uzależnienie od internetowego porno..." To tylko drobny wyimek. O ile w samym nurcie da się znaleźć artystów godnych posłuchania, to oczywiście nie będziemy się nimi zajmować. Zajmiemy się tymi, ekhem, kuriozalnymi.

Pierwszy strzał, zwycięzca WoW Idol Contest 2009:


Od pierwszej sceny jest jasne, że chłopak jest konkretny - wizerunek typowego młodocianego WoWowego "wyżeracza", koszulka Alliance, czapka (wtf?) pod słuchawkami. Koło 2:00 jest już bardzo ciekawie, bo nasz mistrz nawija pod bramą. Jest groźny, jest mocny. Young and restless, jakby powiedzieli Anglosasi.

Fani Hordy strzeżcie się! Dobrze, że nie ma maczety... Bo kominiarę już zdjął. 

czwartek, 6 sierpnia 2009

Łebski Komiks: Left Handed Toons (by right-handed people)

Tych dwóch panów powyżej to, jak możecie przeczytać, Justin i Drew twórcy "Leworęcznych Kreskówek (robionych przez praworęcznych) niepotrzebne tłumacznie trademark". I tak naprawdę jest to zapowiedź w pełni wypełniana. Drew rysuje trochę lepiej, Justin trochę słabiej, ale obu cechuje świetne poczucie humoru.

Dość często pojawiają się pewne postaci jak Wkurzające Robaki, Rogaci Kolesie, ale ostatnio wygrywa Salmon Man w dwóch odsłonach: 1 i 2.

Ależ jest żałosny.

Komiks jest regularnie updateowany, więc dodajcie sobie do zakładek bo jest naprawdę świetny. Zresztą sami sprawdźcie archiwa, jest z czego pośmiać. Może to nie żarty o martwym niemowlaku ale tez dają rady.

Indie Game Of The Week - Seven


W tym tygodniu przenosimy się do krainy porycia, gdzie matki biorą crack gdy spodziewają się dzieci, gdzie później te dzieci uczą się programowania i ostatecznie tworza gry. Bo widzicie, Seven to gra której nikt jeszcze nie pojął. Z jednej strony mamy wzorzystą tapetę w tle. Z drugiej białą kartkę przyczepioną pinezkami na której wyświetla się cała akcja. Z trzeciej pixelowe menu. Z czwartej intro i outro złożone z urywkó w filmów i zdjęć. Z piątek trójwymiarową grafikę. Z szóstej platformerowy gameplay. Co to wszystko oznacza? Że to sześcian - jeeez...

W grze sterujemy ciągle uśmiechnietym ludkiem złozonym ze wspomnianych wcześniej sześcianów. Trzeba dodać, że jego śmiech jest po pewnym czasie w równym stopniu irytujący jak i przerażający (szczególnie kiedy przyjdzie nam zmagać się z jakimś levelem 12 minut). Sama gra jest dość prosta - zbierz 7 gwiazdek i rusz czas do przodu. Czemu czas stoi? Bo wybuchła atomówka - tyle zrozumiałem z intro. Rozgrywka ma charakter typowego platformera. Niestety cele jakie są przed nami stawiane nigdy nie są do końca jasne. Na dodatek kiedy już myslimy sobie, że właściwie to od zawsze byliśmy lepsi we wszystkim i dlatego tak dobrze nam idzie - pojawia się coś tak ciężkiego w rozkminie i opanowaniu, że wspomniane 12 minut wydłuża się do 3 godzin.
Sterowanie jest toporne, levele nie są skomplikowane, zakończenie jest dziwne - dlaczego więc polecam tę grę? To jak z piciem na weselu - wiesz, że już nie możesz i zaraz się pożygasz, ale z drugiej strony jest coś fajnego we wlewaniu w siebie wódy. (wiem, wiem - jestem królem analogii)


(screena nie będzie - bo jedyny który zrobiłem to ten mówiący,
że nie zakwalifikowałem się na high score)


Seven

/mod

wtorek, 4 sierpnia 2009

Banter Banter proudly presents: Kung Fu Hustle

A właściwie Kung Fu, bo tak nazywał się film w Chinach. Jest to kolejne po niezapomnianym Shaolin Soccer autorskie przedsięwzięcie Stephena Chowa. Pan Stephen jest scenarzystą, reżyserem oraz odtwórcą głównych ról w obu filmach i robi to wyśmienicie.

Humor? Jest. Sceny walki? Są. Dziwaczne postaci i szalona fabuła? Też, nawet w nadmiarze. Właściwie wszystko tu jest w nadmiarze. Mamy sceny taneczne oraz masowe bójki. Mamy humor sytuacyjny i fabułę o porachunkach gangów. Poza tym mamy poważne sceny śmierci bohaterów no i slapstick taki jak tu:

To nie ostatni z serii wyśmienitych dowcipów, choć mniej tu absurdalnego humoru niż w Shaolin Soccer to uśmiejecie się nie raz. Pod koniec filmu skręcamy odrobinę w poważniejsze rejony, choć i tak ani razu nie jest to film robiony na serio.

Stephen Chow ma w planach stworzenie seqeuela swego hitu (najlepiej sprzedający się film w Hong Kongu), więc mozna zacierać rączki.

Szaleństwo!

P.S. Jak zwykle polecam wersję z napisami, choć dubbing nie jest zły, oryginalne głosy to jest jednak to. Zwłaszcza jak znasz chiński.

sobota, 1 sierpnia 2009

Weekendowa Lista Top 6: Najlepsze produkcje Mega64

Mega64 zajmuje się wieloma rzeczami, powstali jako web-serial, który póżniej miał zostać emitowany w kablówkach po to by znowu trafić do sieci i na strony o tematyce typowo gamingowej. Co z tego wyszło nikt dokładnie nie wie - wiadomo, że wydają swoje odcinki na DVD ale czy są dobre czy nie to już zupełnie inna sprawa. Chyba tak bo stali się na tyle popularni, że teraz kręcą reklamówki między innymi Rainbow Six, Prince of Persia czy Magic The Gathering. Myślę jednak, że jest to zasługa filmów, w których odtwarzają gameplay poszczególnych gier w prawdziwym świecie - bez żadnej fabuły czy wyższego celu. Dziś przedtawiam 6 najlepszych produkcji Mega64.

6. Paper Boy
Paper Boy był grą na Atari wydaną w 1984 roku. Przedstawiała ona życie młodego chłopca mieszkającego na przedmieściach, ktorego jedynym marzeniem było kupić sobie maszynę do robienia churro - aby zrealizować ten plan zatrudnił się przy roznoszeniu gazet. Biedny głupiec, nie wiedział co go czeka.



Plusy za wszystko, od idealnego odtworzenia wszystkich bezsensownych rzeczy czychających na paperboy'a aż po niczego nieświadomego pana rozwożącego gazety, który przyglądał się tej scenie przez całe 6 minut.


5. Katamari Damacy
Jest to gra wydana na PS2, w której głównym celem jest toczenie kuli i przyklejanie do niej wszystkiego co możliwe. To wszystko - nie ma nic więcej. Można o niej myśleć jako o współczesnej zelektonizowanej wersji Żuka toczącego kulę gówna - ot życie. Myślę, że sukces tej gry możemy przypisać hipnotyzującej muzyce - wszyscy wiemy, że coś takiego potrafi zmusić ludzi do dziwnych rzeczy.




No tak, zajęcia z angielskiego - kto mógł to przewidzieć.

4. Luigi's Mansion
Luigi's Mansion jest jednym z niewielu tytułow, w których głównym bohaterem jest Luigi. Trzeba do tego dodać, że jest chyba jedynym dobrym tytułem. Ta wydana na GameCube w 2001 roku gra była Nintendową wariacją na temat Ghostbusters. I to właściwie wszystko co musicie wiedzieć aby spodobał wam się kolejny film.




Yeah, retarded - that's the word I was lookin' for.

3. Dead Rising
Obecnie popularne są wampiry i zombie - a że gier o wampirach jeszcze nie robią to rozkładające się ciała królują w takich tytułach jak Left4Dead czy właśnie Dead Rising. Dzięki takiej a nie innej tematyce fabuła też nie musi byc jakaś specjalna - nikt tu nie czeka głębokie dialogi i rozwinięte charakterystyki postaci. Dlatego też Dead Rising wyrzuca nas - zwykłego fotoreportera - do miasta opanowanego przez zombie, naszym zadaniem jest po pierwsze przeżyć a po drugie zrobić jak najwięcej zdjęć dzięki którym zarobimy dużo pieniędzy i w końcu maszyna do robienie churro będzie nasza.



'Three days. See you on the roof'

2. Assasin's Creed
Tej gry chyba nie trzeba przedstawiać. Tak samo zresztą jak jej charakterystycznej rozgrywki, która nie nalezy do najbardziej skomplikowanych i niestety da się ją faktycznie rozbić na 10-15 powtarzających się aż do pożygania elementów. Swoją drogą to trochę jak z churro - raz żygałem po nich tak, że przysiegam wyszło ze mnie jajko z wielkanocnej święconki - a to było w nowy rok!



Ah, pure ownage - szczególnie scena ucieczki po nieudanej próbie zabójstwa.

1. Oregon Trail
Aaaah czasy edukacyjnych gier tekstowych - kto tego nie kochał, człowiek 'bawił się' i 'uczył' w tym samym czasie. A wszyscy wiemy, że to bezsensu. Nauka przez zabawę? Pfff to jak żucie gumy i oglądanie filmu w tym samym momencie - multitasking to mit. W każdym bądź razie w 1974 roku powstał The Oregon Trail, gra tak realistyczna, że jej jedynym zakończeniem była śmierć bohatera z powodu najróżniejszych zagrożeń czychających na biednych mieszkańców USA w XIX wieku.



'Rocko dies of ...' - każda z tych scen jest bezcenna.


Dodatkowo:



oraz



oooh hellloooo mr. Miyamoto and mr. Kojima. Want some churro?


/mod