To nie jest tak, że my nie mamy co robić - ale jak każdy szanujący się użytkownik internetu jesteśmy mistrzami prokrastynacji, czyli odkładania rzeczy na później. Kiedy chodziłem do podstawówki dzieci często powtarzały ten sam tekst: co masz zrobić dziś, zrób pojutrze będziesz miał dwa dni wolnego. To nie były zbyt bystre dzieci, ani zbyt śmieszne - z reguły to był ich jedyny 'zabawny' tekst. Nikt z nich nie skończył dobrze. Wiem o tym bo sprawdziłem. Ech życie. W każdym bądź razie - tak bardzo jak mało śmieszne oraz wtórne jest to powiedzenie to koń jaki jest każdy widzi. Przy odkładaniu rzeczy na później czasu jest w brud. I coś z nim trzeba zrobić.
Z reguły z ratunkiem przychodzi telewizja, niestety ostatnie dwa miesiące były pełne albo zawodzących finałów albo po prostu finalów co oznaczało, że ramówka szczuplała bez opamiętania aż w koncu oglądać nie było po prostu czego.
Z jednej strony to dobrze bo w koncu niektórzy nadgonili to co mieli do nadgonienia. Z drugiej dramat. Have no fear though! Bo znowu jest mniej więcej co oglądać - a czy warto? Przyjrzyjmy się.
Andy Rementer to człowiek pełen pretensji. Na swój cel wiziął nowoczesne technologie oraz ich wpływ na nasze życia. Dlaczego miałbym polecać komiks jakiegos zgorzkniałego maniaka tradycyjności oraz przeciwnika modernizacji naszego życia?
Ponieważ pan Rementer bardzo nie znosi pewnej marki z jabłuszkiem. I jesli jesteście przekonani, że posiadanie iPhone'a czy Maca stawia was w opozycji do Microsoftu, to lepiej nie czytajcie tego komiksu.
Dużo stracicie bo komiks jest bardzo zabawny, choć malkontenctwo przebija z każdej jego strony.
Nie jesteśmy starzy. Raczej okreslił bym siebie jako młodzieżowego (okulary RayBan, spodnie rurki, zaraz to nie jest juz modne? DAMN!). Ale z drugiej strony wraz z premierą "Toy Story 3", musimy trochę pohejtować na to czym kiedyś wszyscy byliśmy i nie mówię tu o fanach Tsubasy (choć to się pokrywa).
Chodzi o dzieci. Coraz więcej rzeczy jest przeznaczonych dla nich, albo obcinanych z całego funu ze względu na ich cenne odczucia. Nie ma miesiąca by prasa (lub Jack Thompson) nie zajęli się sprawą brutalnych gier, które przecież mogą urazic naszych milusińskich. Po pierwsze, "milusińscy" to słowo wynalezione przez człowieka, który dziecka na oczy nie widział i powinno być wykreślone ze słownika. Po drugie te gry NIE SĄ DLA DZIECI! Jeżeli rodzice nie są w stanie zrozumiec, że produkcja w której orzgniatamy buciorem głowy nie jest przeznaczona dla ludzi poniżej pewnego wieku to ich należy winić, a nie twórców gier. Po trzecie, po sesji w MW 2 na Xbox Live każdy chyba potwierdzi że w takie gry grają właśnie tylko dzieci i to na dodatek rasiści i homofoby.
Gry to opcja na inny hating. Teraz czas na wyjątkową bolączkę czyli obecność dzieci w filmach. Wybaczymy "Karate Kidowi", bo w końcu jest to film, (wait for it) o dziecku. Ale jak to pięknie wyraził Patoon Oswalt.
Anakin, Jango, ten dzieciak z Indiany Jonesa i setki innych młodzieniaszków dorzucanych do filmów jako comic reliefy to zdecydowanie najtańsza zagrywka Hollywood. I to na dodatek jedna z najmniej skutecznych. Skąd wniosek, że dorzucenie dziecka to dobry pomysł?
I ostatni argument. PG-13, czyli format dla nikogo. Gdy masz 13 lat to raczej już ogarniasz większość tematów, więc jego wymogi są dziwaczne. Nie mam nic przeciwko niemu jako niszy dla rodziców, którzy nadal są przekonani, że ich 14 letni synowie w dobie Internetu nie widzieli nagiej piersi w formacie jpg (tjaaaa). Gorzej, że jest to najbardziej lukratywny rating, ponieważ do kina zasadniczo chodzą dzieci. Całkowicie niedostosowany do widowni rating + największe zyski z widowni tego ratingu = inwazja filmów obiętych z tego co o nich stanowi.
Wolverine. Hellboy. Po co tworzyć komiksy na podstawie żyjącej maszyny do zabijania i pogromcy horrorów bez całej smakowitej zawartości? Ale myślę, że największą zbrodnią jest to co dopiero się zbliża.
Panie i panowie "Expandables" ma rating PG-13. Mokry sen wszystkich fanów hardkorowego kina kacji z poczatku lat 90. nie będzie mial jego znakó charakterystycznych. Ówcześni widzowie tamtych filmów maja dziś kilkadziesiąt lat i uwierzcie mi, przeżyli by kilka brutalnych scen. Wniosek? To jest dla dzieci.
Moje przesłaie wyrazi najlepiej świetnej pamięci George Carlin.
Ostatnio zawędrowaliśmy tematycznie do Afryki, teraz czeka nas podróż do Rosji. I to nie takiej zwykłej, ale kołchozowej, gdzie w obskurnych więźieniach odbywają się turnieje nielegalnych walk. Gdzie osadzeni za kratkami są najlepsi wojownicy na świecie. Nie byliście w takiej Rosji? Co wy wiecie o życiu.
"Undisputed 2" to środkowa część trylogii o więźiennych pojedynkach. Pierwsza część była wysokobudżetowym filmem o boksie, w głównych rolach wystąpili Ving "Moustache" Rhames oraz Wesley "Spinning Back Kick" Snipes i opowiadał on głównie o boksie. Naprawdę w porządku film, dobrze zrealizowany i zagrany. Jednak boks jest już odwrocie co wydatnie pokazuje nam przykald Undisputed 2.
Fabuła jest durna, oj strasznie głupia. Były mistrz boksu George Chambers (Micheal Jai White) trafia niesłusznie do więzienia, ponieważ siejący postrach na ringu mistrz zakładu karnego Uri Boyka (Scott Adkins) nie ma godnego przeciwnika. Stojący za tym gangster zamierza wypuścić czempiona dopiero po pojedynku gigantów. Po drodze mamy kilka przewidywalnych zwrotów akcji i łzawy finał.
Niech nie przesłoni nam to najważniejszego aspektu filmu! Walk! Tutaj mały sneak-peek.
Dlaczego część kopana tego filmu jest taka ekscytująca? Odpowiadają za nią dwaj panowie, którzy znają się na robocie. Micheal Jai White (niedawno mogliśmy sobie popatrzeć na niego w "Mortal Kombat: Rebirth") jest mistrzem wielu sztuk walki oraz uznanym aktorem. Wcielał się w wiele ról, które wymagały od niego fizycznej krzepy (Universal Soldier) jak i głębokiego głosu (Spawn, JLA jako Darkseid - TAK!). Nie musimy się martwić o jego zdolności. Zreszta obejrzyjcie krótkie nagranie zza kulisów filmu "Blood and Bone" gdy pokazuje Kimbo Slice'owi jak zadaje się cios.
Ten facet nie żartuje.
Scott Adkins to kaskader oraz koordynator scen walki w wielu filmach. To on bił Jacka Humana w X-Men: Geneza: Wolverine jako Weapon XI. Tak film jest bdetny, ale pan Adkins ma skill.
Efekty są epickie. Takich pojedynkow neie oglądąłem od dawna w żadnym filmie. Naprawdę gorąco polecam wszystkim fanom ciężkiej zadymy spod znaku piąchy i kopniaka w twarz.
Jest także trzecia część filmu, koncentrująca się na Urim Boyce i jego powrocie po kontuzji. Warto również zapoznać się z tym efektownym popisem akrobatyki, ale lojalnie uprzedzam - rozmiar głupoty scenariusza może was przytłoczyć.
W tym tygodniu będzie mocno muzycznie więc ustawcie swoje MIDI na maksymalna głośność (chyba że macie SoundBlastera, nuworysze!). Zaczniemy jednak od największego faila ostatnich tygodni, czyli wuwuzeli.
Wuwuzela to gwizdałotrąba, która wydaje dźwięki w tonacji między 20 000 pszczół i klaksonem na sterydach. pomnóżcie to razy kilkanaście tysięcy i przyjemność oglądania meczy MŚ wzrasta to ponad dziewięciu tysięcy. Gdzie jeszcze znajdziemy te irytujące przedmioty.
W Śródziemiu.
Ależ to jest wnerwiający przedmiot. Nawet bardziej niż Jedyny Pierścień.
Nowy film "Karate Kid" ponoć jest całkiem w porządku. Poza faktem, że uczą w nim kung-fu a film nazywa się, wiecie, "Karate Kid". Jednak kontynuacja tego reboota może pokazać nam naszego ulubionego aktora w nowej roli.
100 % mojego poparcia.
Ok, obiecana muzyczna część (poza tymi piekelnymi trąbami). Oto dwie przeróbki naszej ulubionej muzyczki. Pierwsza wokalna, druga strunowa.
Heh, mają ludzie pomysły.
A teraz powrót do tematyki z ubiegłego tygodnia. Za pomocą LEGO Master Minds można zrobić harde rzeczy. Na przykald gigantyczne szachy. Obejrzyjcie nagranie do końca, warto.
"Zaraz, zaraz" zakrzykniecie. "Przecież PBF jest martwy od dwóch lat i nie ma co o nim pisać". Tak powiedzą Ci z Was, którzy z genialnym komiksem się już zapoznali. Reszta powie: "Co to za głupi wstęp, gdzie są komiksy o raku i fekaliach!?!"
Perry Bible Fellowship stworzony przez Nicholasa Gurewitcha to wygrywający Eisnery odprysk twórczości tego utalentowanego scenarzysty i rysownika. Był publikowany w wielu uznanych gazetach ("Guardian" i "Twój Pies") a w momencie gdy został zawieszony przez cały Internet rozległ się ryk "Khaaaaaaaaaan!".
Czy to koniec?
Nie! W ubiełym tygodniu pojawił się nowy komiks - może nie na poziomie najlepszych, ale najważniejsze przesłanie jest jasne: PERRY BIBLE FELLOWSHIP POWRACA. Koniecznie obejrzyjcie archiwa tego komiksu bo to zdecydowanie jeden z najśmieszniejszych komiksów w historii Wsczechświata.
Przy okazji E3, czyli święta wszystkich, którzy swój czas uwielbiają spędzać na omawianiu kilkuminutowych, odpowiednio podrasowanych filmików z gier, które jeszcze nie istnieją, chcielibyśmy zwrócić Waszą uwagę na zagrożenie, które gotowe jest zjeść nasz mały, nerdowski światek. Kontrolery ruchowe.
O PlayStation Move sporo wiedzieliśmy już wcześniej, ale powyższy filmik (a w zasadzie jego trzy części), to całkiem świeża sprawa. Widać na nim dwóch młodzieńców, którzy używają PlayStation Move. Czy widzę, żeby się dobrze bawili? Nie. Widzę bezradność. Abstrahując od ciągłego kalibrowania sprzętu, poziom konfuzji na ich twarzach rośnie wraz z dalszym graniem. Walki gladiatorów, gdzie wykonywane są nieporadne, losowe ruchy, to apogeum dziwaczności. Tu dochodzimy do sedna sprawy z kontrolerami ruchowymi, czyli całego tego machania, wierzgania i skakania przed konsolą. Każdy, kto miał styczność z Nintendo Wii, wie, o czym piszę. Nie mówiąc już o tym, że sceptycznie podchodzę do niesamowitej ponoć precyzji Move. Ogólny obraz graczy nie jest zbyt pozytywny, nie oszukujmy się - większość ludzi ma nas za niewyżytych seksualnie, zapuszczonych nastolatków. Tym zabawniejszy jest fakt, że każuale (niedzielni gracze) najchętniej sięgają po rozrywkę, która jest niczym innym, jak pajacowaniem przed konsolą. Co więcej, rozrywka ta proponuje zamiast wyjścia ze znajomymi do parku na frisbee/na kręgle/na rower etc. to samo, tylko, że przed telewizorem. Tym samym będzie Move i Natal/Kinect (o którym za moment). Pamiętacie te czasy, kiedy rozwalaliście się swobodnie na kanapie i pocinaliście kilka godzin w Batmana? Niestety, jeśli zdominują nas kontrolery ruchowe, te czasy odejdą do lamusa. Po pierwsze, kontrolery wymagają przestrzeni, co w polskich graczowych warunkach nie zawsze jest możliwe, po drugie - wymagają ruchu i męczą po dwóch godzinach. Ktoś zakrzyknie: "To dobrze! Po co mają tyle siedzieć przed tv!". Jasne, ale chyba każdy przyzna, że dialogi w stylu: "Ale mam zakwasy", "O, a co robiłeś wczoraj?", "A, grałem na playu" brzmią kuriozalnie i są już rzeczywistością - spytajcie użytkowników Wii. Gry wideo nie mogą symulować życia, bo służą odprężeniu od życia właśnie. Inną sprawą jest wczuwanie się w grę, w jej fabułę, bohaterów, czy nawet ogólny nastrój. Na powyższym filmiku nie widziałem radości, jaką widzę chociażby na twarzach znajomych, gdy po raz któryśtam przechodzimy Uncharted 2. Widziałem zaciśnięte zęby i skupienie na tym , żeby dobrze machnąć ręką. Większość gier, jakie będą na Move/Natalu nie pozwolą na rozbudowaną fabułę, czy nawet głęboki gameplay. Może to naiwne podejście, ale gry wideo są dla mnie medium uczestniczącym i ważnym kryterium jest dla mnie to, jak mocno wciągają mnie w swój świat. Ktoś rzuci kontrargumentem, że w Heavy Rain też machaliśmy ręką, jak nam kazali. Oczywiście. Ale było to w wybranych, ze smakiem rozmieszczonych momentach (choćby scena na autostradzie, do której często wracam), co nie wywołało uczucia przesytu, to raz. Dwa, jakoś nie słyszę o armii epigonów Heavy Rain, pomimo względnego sukcesu tej gry. Na Move/Kinect prędzej zostaniem uraczeni setną wersją Wii Sports, aniżeli prawdziwie grywalnymi, rozbudowanymi tytułami. Ewentualnie dostaniemy gadżeciarski odprysk dużej produkcji, jak np. gra Star Wars na Kinect, pokazywana na targach E3. Ile jest świetnych tytułów na Wii? 5? 10? No właśnie. Gry już dawno przestały być niszową rozrywką, a wraz z ich umasowieniem, jeszcze mocniej działają na nie mechanizmy rynkowe. Nie ma się co zżymać, że kasa dyktuje warunki, a jasnym jest, że klon Wii Sports sprzeda się lepiej niż ciekawy, rozbudowany tytuł (przypadki rail-shooterów na Wii to najlepsza tego egzemplifikacja; co prawda na Move/Kinect ukazywać się będą np. rail-shootery, ale nie oszukujmy się - będą tylko wabikiem na hardcorowych graczy, którzy i tak pewnie machną na nie ręką).
Aaa Natal, tfu, Kinect. Najnowsze dziecko Szatan... Microsoftu. Jego prezentację na E3 serwis Cracked nazwał dniem, w którym umarło nasze hobby i branża gier wideo. Trochę w tym przesady, ale coś jest na rzeczy. Abstrahując od cyrku (i to dosłownie - MS zatrudnił profesjonalnych cyrkowców, którzy prezentowali Kinect), jakim była sama prezentacja Kinecta, to trzeba przyznać, że pokazano nam coś bardzo, bardzo żenującego. O ile Move to taka podróbka Wii, o tyle Kinect to już wyziew z piekieł. Filmik powyżej po części wyjaśni Wam czemu. Ale to, co zobaczycie niżej, działo się naprawdę:
Nie zrozumcie mnie źle, nie chcę, żeby wszystkie gry wideo były o psychopatach/ninja/kosmicznych marines/mafiozach itd. Nie. Zagrożenie płynące z kontrolerów ruchowych polega na czymś innym, niż to, że dzieci nie będą musiały mieć prawdziwych zwierzątek, bo mają tamagotchi nowej generacji (zresztą Kinectimals to taka spimpowana wersja EyePeta z PlayStation). Branżą gier wideo rządzą pieniądze i nie ma w tym nic złego. Zło pojawia się w momencie, w którym pieniądze ciągną branżę w kierunku, który jest dla nas, czyli graczy, którym dobro naszej rozrywki szczególnie leży na sercu, niekorzystny. Jeżeli kontrolery ruchowe zdominują branżę, to zachodzi prawdopodobieństwo, że gry wideo wrócą do swoich korzeni - płytkiej i prostej rozrywki dla całej rodziny. Pomijając potencjalną przyjemność, jest to krok w tył. Mam nadzieję, że to tylko panika i nerdowskie czarnowidztwo z mojej strony. Tak czy owak - na Move nawet nie spojrzę. Tak na marginesie - sprawdźcie sobie ceny tych "gadżetów". No właśnie.
Z potrzeby człowieka do ciągłego zdobywania niepotrzebnych informacji powstał Banter Banter. Znajdziesz tu wszystkie nieistotne i nieprzydatne wieści takie jak gdzie są zdjęcia Megan Fox, kto aktualnie jest failem tygodnia, czemu słowo Pr0n nie prowadzi do dupeczek itp. Dodatkowo trochę wieści z nieistniejącego w polsce gatunku jakim jest komiks oraz dobry film (przez dobry mam na myśli umięśnionych bad-ass'ów a przez film napieprzanie). Wszystko to plus cała masa fekalnych żartów.
Teraz też w eterze! I innych barbituranach! Każdy piątek o 17.00 na 91.6 FM we Wrocławiu oraz na stronie Radia Luz. Zapraszają Paweł Klimczak i Bartosz Zalewski.