Californication to serial, który ma w sobie coś bardzo specyficznego. To uczucie, a może bardziej ogólne nastawienie do życia, zostało dość dobrze rozpowszechnione przez naszego ulubionego Kanadyjskiego poetę imieniem Jon Lajoie. Mówię tu oczywiście o Not Giving A Fuck, które w przypadku serialu z Duchovnym jest wykorzystywane do granic możliwości. Mimo to, oglądając trzeci sezon mam dość duży problem z odczuwaniem satysfakcji jaka towarzyszyła mi wcześniej. Coś złego stało się z Californication.
Oglądanie dorosłych ludzi uprawiających seks na prawo i lewo, palących jointy na zebraniach w szkole, prowadzących rozmowy o życiu z dużą ilością brzydkich słów ze swoją nieletnią córką itp. jest naprawdę w porządku. Raz, że pozwala na kompletne wyluzowanie się i nieprzejmowanie tym jakiż to cliffhanger zaprezentują nam scenarzyści. Dwa, że pokazuje jak prowadzić względnie normalne życie w przedziale wiekowym 30-50, bez rezygnowania z wszystkich fajnych rzeczy robionych podczas okresu 20-30 (może poza helem, nigdy nie sięgajcie po siostrę 'H'). Niestety w trzecim sezonie zostało to ograniczone tylko i wyłącznie do pieprzenia. Z uczennicą, współpracownikiem, przełożoną, striptizerką, muzykiem.
Wspomniane wcześniej Not Giving a Fuck, było cudownym lekarstwem na irytację podczas oglądania serialu. W Californication cokolwiek by się nie zdarzyło, nasz ulubiony Hank Moody po prostu szedł dalej, bez wiekszej refleksji nad prozą dnia codziennego. I to dobrze, oglądanie go w sytuacjach od kradzieży samochodu, przez imprezy w domu gwiazdy rock'a aż po pogrzeb, w tym samym niewzruszonym stanie było w porządku - nikt nie musiał się martwić o nagły wybuch dramatu, który obecnie jest chyba najbardziej popularnym tematem serialowym (House, V, Lost, Mad Men.) To ten sam rodzaj satysfakcji, jak przy oglądaniu Dextera i jego łatwości w zabijaniu kolejnych ofiar (tak, patrzę na ciebie mistrzy wszystkich fuck-up'ów w najmniej oczekiwanym momencie - Prison Break). W trzecim sezonie nasz główny bohater dalej jest niewzruszony. Tym razem jednak tylko seksem ze swoją uczennicą, współpracownikiem i przełożoną.
Ulubiona przez wszystkich para małych ludzi, którą oczywiście pokochaliśmy za dialog o seksie analnym z pierwszego sezonu. Ich dziwne życie seksualne, preferencje związane z używkami i settingiem podczas ich przyjmowania oraz ogólna groteskowość postaci były jednym z głównych elementów poprzednich sezonów. Charlie i Marcy Runkle byli czymś w rodzaju comedic relief w serialu, który nie do końca tego potrzebuje. I to było dobre. W trzecim sezonie jednak są przesunięci na siódmy plan a wszystko co tak bardzo w nich lubiliśmy zostaje usunięte i zastąpione niekończącą się wymianą zdań na temat ich kryzysu, która wpychana jest w każdy 20 sekundową scenę jaką scenarzyści łaskawie postanowili im dać. Zamiast interesującej i zabawnej relacji dwójki dorosłych ludzi, którzy zachowują się jak 16-latkowie, mamy teraz pieprzenie się z własną uczennicą, współpracownikiem, przełożoną, striptizerką i muzykiem.
Wiem dobrze, że poprzednie sezony Californication wcale nie były dziełami sztuki jeśli chodzi o fabułę, ale bez przesady - o to właśnie tu chodzi, jej lekkość, powierzchownosć i łatwosć z jaką Hank Moody sobie radzi z tym wszystkim. Mieliśmy kryzys twórczy, zgubiony maszynopis, prawdziwe love story, historię nihilistycznego muzyka, problemy z kokainą, przemysł porno - to wszystko gdzieś tam było, mieściło się w tych 26 odcinkach na które składają się poprzednie sezony. Teraz po 10 odcinkach mamy pieprzenie się z uczennicą, współpracownikiem, przełozoną, striptizerką, muzykiem i nie wiem kim jeszcze bo przestałem śledzić tę orgię jakiś czas temu.
Jak powiedział kiedyś Penn w Penn & Teller Bullshit - to jest SHOWTIME, więc muszą tu być damskie piersi. Miał zupełną rację, P&T BS! pokazuje je na okrągło, nawet Dexter zaczął umieszczać przynajmniej jedno ujęcie w odcinku - niestety w wypadku Californication damskie piersi, jakkolwiek cudowne, zastąpiły większość elementów, które sprawiały, że ten serial był czymś co oglądało się z przyjemnością.
Oczywiście będąc olbrzymim ignorantem (dalej oglądam Lost, obejrzałem Prison Break) dalej będę śledził zmagania Hanka Moodiego z kolorową rzeczywistością Los Angeles XXI wieku - tym razem jednak nie będzie to poniedziałkowy priorytet i zapewne moje spotkania z nim zostaną przeniesione na serialowo martwe dni tygodnia jak np. sobota.
BTW: Californication kończy się za 3 odcinki, ale już dawno zostało przedłużone na 4 sezon.